Ekosystem marketingowy – dlaczego tracisz pieniądze, jeśli go nie masz

ekosystem

Czy wiesz, że większość tego, co wydajesz na marketing to pieniądze wyrzucone w błoto? To stara zasada marketingu: nie wiadomo, które pieniądze wydane na marketing przynoszą efekty, a które nie. Tak przynajmniej było kiedyś. Dziś można dużo mądrzej prowadzić marketing i dużo lepiej mierzyć jego skuteczność: jeśli tego jeszcze nie robisz, lepiej szybko przestaw się na nowy model, w innym wypadku sam skazujesz się na przegraną w walce o klienta.

Skąd się wzięły ekosystemy marketingowe?

Dawno, dawno temu, kiedy produkty sprzedawały się same, marketing był prosty. Duże media posiadały praktycznie monopol na dystrybucję informacji, a każdy szanujący się obywatel o poranku przeglądał gazetę. W tych czasach, aby marka mogła zaistnieć, firma musiała przekonać do niej media – a to nie było zadanie łatwe ani tanie. Kiedy jednak udało się i reklama pojawiła się w gazecie, w telewizji albo w radiu, był to praktycznie gwarantowany sukces. Uwaga odbiorców była bardzo mocno skoncentrowana na mediach, a skoro szanowana gazeta, telewizja lub radio obok najważniejszych informacji zamieszcza też informację, że konkretny produkt jest dobry, to tak musi przecież być. Nawet jeśli produkt niczym nie różnił się od konkurencyjnych – całe masy uderzały do sklepów, aby przynajmniej go wypróbować.

Co się zmieniło od tego czasu? Świat się skurczył, przyspieszył, a dystrybucja informacji została zdemokratyzowana.

Nie stało się to w jednym momencie, mówimy tu o trendzie, w którego środku właśnie się znajdujemy. Dziś, dzięki internetowi wysłanie wiadomości do Japonii trwa i kosztuje tyle samo co wysłanie wiadomości do USA albo do mojego sąsiada: nic. Ktoś może powiedzieć, że jakieś tam drobinki kosztuje, ale to nie prawda: skoro już mam włączony komputer (prąd) i płacę miesięcznie za internet, wysłanie jednej albo miliona wiadomości nie robi praktycznie żadnej różnicy kosztowej.

Mamy dziś zdecydowanie mniej czasu niż nasi rodzicie, czy dziadkowie. Świat się szybko zmienia i trzeba być na bieżąco: już nie wystarczy raz się czegoś nauczyć i mieć spokój do emerytury. Ciągła nauka, ciągły wyścig o bycie najlepszym, ciągła walka marek o uwagę odbiorców. Kiedyś oglądało się reklamy jako coś ciekawego i nowego, dziś jest ich tyle, że przestaliśmy na nie zwracać uwagę. Na każdym kroku jesteśmy bombardowani komunikatami marketingowymi: kup to, kup tamto, moja marka jest najlepsza, jak kupisz mój produkt, będziesz bardziej lubiany itp.

Za dużo tego jest: w telewizji, radiu, gazetach, na billboardach, wręczanych niemalże na siłę ulotkach, plakatach, portalach internetowych … wszędzie. Efekt? Uodparniamy się na reklamy, tak samo jak uodparniamy się na bakterie i wirusy. Ignorujemy reklamy.

Po części stoi za tym wspomniana demokratyzacja dystrybucji informacji. To, co faktycznie spowodowało zmianę, to fakt, że już nie potrzebujemy pośrednika (gazety, TV, radia, portalu), aby móc przekazywać informacje. Dziś, każdy może mieć swoje własne medium (blog, fanpejdż na Facebooku, forum dyskusyjne, mikroblog, a takżę własny profil na portalu społecznościowym). Co ciekawe nowe media detronizują szybko stare: wolimy czytać blog pisany przez nasz autorytet, niż czytać o tej osobie w gazetach.

Co z tego? Kontrola, niższe koszty, lepsze efekty, większa uwaga, wyeliminowanie konkurencji.

Kontrola nad treścią – pełna i nieskrępowana. Możesz publikować co Ci się żywnie podoba i jak Ci się podoba. Możesz samodzielnie mierzyć efekty, optymalizować i promować swoje własne medium. Nie jesteś już zdany na łaskę dziennikarzy.

Niższe koszty – reklama w gazecie branżowej: 50 000zł. Reklama na własnym medium: 0zł. Ten temat jeszcze rozwinę później.

Lepsze efekty – konwersja na własnym medium bywa dużo większa niż na „wynajętych”. Pod warunkiem naturalnie, że wiemy co robimy. Do tego docieramy do tych samych osób wiele razy po tym samym koszcie: 0zł.

Większa uwaga – reklamując się w bloku reklamowym w TV, nasza reklama jest jedną z 20-30, które akurat w tym czasie walczą o uwagę konsumenta. A co robi konsument? Idzie wtedy do toalety, do kuchni albo zmienia kanał. W gazecie nasza reklama może być jedną ze 100, a do tego konkuruje o uwagę z artykułami w tej gazecie. Jaka jest szansa, że się przebije? Marna. Mając własne medium, możemy zapewnić sobie w tej chwili 100% uwagi tych, do których dotrzemy.

Wyeliminowanie konkurencji – wyobrażasz sobie 4-5 reklam różnych szkół policealnych w radiu pod rząd? Absurd. Nie mamy żadnego wpływu na kontekst w którym nasza reklama się pojawia. Mając własne medium: będzie tam tylko Twoja marka, bez żadnej konkurencji.

Własne medium? To musi dużo kosztować …

Zgadza się – własne medium to pewien koszt. Przede wszystkim koszt czasowy, bo trzeba o nie dbać oraz fakt, że na efekty trzeba trochę poczekać. Mimo tego warto, bo w dłuższym okresie bardzo się to opłaca.

Ekosystem marketingowy

Skoro wiemy już jaki jest trend: w kierunku demokratyzacji dystrybucji informacji, jak tę wiedzę wykorzystać?

Jedno medium to zwykle za mało: dobra kampania była dawniej w radiu, telewizji, gazetach, billboardach, ulotkach, plakatach i wszędzie, gdzie tylko dało się ją wcisnąć. Dlaczego? Bo obecność „wszędzie” powodowała, że się wyróżniała i lepiej zapadała w pamięć. Poza tym różni ludzie różnie reagują na nośniki informacji: jedni ufają temu, co zobaczą w telewizji, inni wierzą tylko słowu pisanemu, a jeszcze inni słuchają tylko radia, więc inaczej nie da się do nich dotrzeć. Czy to podejście jest skuteczne? Tak. Czy to podejście jest drogie? Nieziemsko drogie. Odpowiedzią więc są: Ekosystemy marketingowe.

Czym jest ekosystem marketingowy? Sięgając, jako wzorca, do definicji ekosystemu w biologii, można wywnioskować, że chodzi o system składający się z różnych kanałów marketingowych oraz osób, do których możemy docierać z naszymi komunikatami. Kanałem marketingowym może być: profil na YouTube, Flikr, Goldenline, Profeo, Myspace, nasz blog, mikroblog (Twitter, Śledzik, Blip, Flaker itp.), fanpejdż na Facebooku itp.

Dlaczego właśnie te? Bo są darmowe lub bardzo tanie w utrzymaniu i prowadzeniu. Wydawanie kolejnej gazety drukowanej mijałoby się z celem.

Drugi składnik ekosystemu to ludzie. Ludzie, którzy dali nam pozwolenie na wysyłanie im informacji. To pozwolenie jest tu kluczowe: skoro ktoś chce otrzymywać informacje o naszym produkcie, usłudze, firmie, osobie albo temacie w którym dzielimy się wiedzą, to mamy do czynienia z bardzo dobrym potencjalnym klientem lub faktycznym i wielokrotnym klientem. Skoro ktoś wyraził chęć otrzymywania od nas informacji, to musi być zainteresowany tematem i nawet jeśli nie jest jeszcze gotów na akcję (np. zakup naszego produktu), to jeśli zdobędziemy zaufanie tej osoby, kiedy przyjdzie ten jakże ważny moment, dana osoba wybierze właśnie to co my oferujemy i nawet nie pomyśli o konkurencji. Tu właśnie objawia się prawdziwa przewaga ekosystemu nad standardowym marketingiem.

W standardowym marketingu wykupujemy dużo reklam, którymi przeszkadzamy w tym co konsument akurat robi (ogląda film, czyta gazetę, czy akurat idzie na spotkanie) i próbujemy zwrócić na siebie uwagę. Co jest tu kluczowe: jedno zwrócenie na siebie uwagi wcale nie skutkuje decyzją o zakupie. Dopiero dwudziesta, trzydziesta a nawet setna ekspozycja reklamy daje efekt. Co jest w tym złego? Horrendalne wręcz koszty. Aby przekonać do swojej marki, trzeba wykupić masę reklam i pokazywać je przez długi czas. W praktyce wygląda to tak, że wykupienie jednej reklamy w codziennie ukazującej się ogólnopolskiej gazecie kosztuje od 20 000zł do 200 000zł. Nie będę mówił ile to może kosztować rocznie – dużo. Przy tym mamy cały ten szum i desperacką walkę o uwagę z konkurencją, co powoduje, że skuteczność takiego marketingu stale maleje, tak jak zresztą nakłady gazet.

W przypadku tak zwanego „permission marketing” (za Sethem Godinem, z ang. „marketing za przyzwoleniem”), nie trafiamy z komunikatami w szarą masę, tylko do wybranych, starannie wyselekcjonowanych osób. Nie wykurzamy przy tym wszystkich pozostałych.

Marketing „przeszkadzający” dotyka nie tylko „stare media”, jest go także bardzo dużo w internecie. Portale internetowe odwiedza miesięcznie nawet po kilka milionów osób. Wyświetla im się miliardy reklam … ze słabym skutkiem. Pisałem już o tym przy okazji końca ery stron internetowych. W skrócie: użytkownik wchodzi na stronę, aby osiągnąć konkretny cel: przeczytać artykuł, zasięgnąć opinii, poszerzyć wiedzę, zobaczyć co u znajomych itd. Zdecydowanie nie jest w nastroju na zakupy, a tym bardziej na denerwujące bannerki. Próbuje się go wybić z tego postanowienia i wprowadzić w „tryb zakupów”, ale skutek jest marny. Z każdym dniem społeczeństwo staje się bardziej odporne na reklamy. Średnia konwersja w sklepach internetowych to 1% (co oznacza, że na 100 osób, które wchodzą na stronę sklepu, tylko jedna dokonuje zakupu). Potencjalnych klientów sprowadza się na stronę i stawia przed ultimatum: kupujesz, albo wypierdalać. Zobacz sam:

Jakby urocza nie była Pani z Banku, szansa, że klient wróci, kiedy już będzie spełniał kryteria jest mówiąc łagodnie: mała.

Ok, dość już tego wprowadzania w temat i pokazywania kontekstu, od teraz będą konkrety.

Ekosystem budujemy w oparciu o nowe media: portale społecznościowe, fora dyskusyjne, blogi a także listy mailingowe. Dlaczego jest to najlepsze w tej chwili podejście do marketingu?

Dlatego, że jak już ktoś raz wyrazi zgodę na przesyłanie mu informacji, koszt dotarcia do tej osoby został poniesiony i od teraz jest znacznie mniejszy. Wysłanie mailingu do stu osób kosztuje na naszym medium tyle samo co mailing do miliona odbiorców. Nie płacimy już za przywilej docierania do tej grupy ludzi – jedyny koszt to napisanie i wysłanie wiadomości. Tak samo na wszystkich innych kanałach: ponosimy tylko koszt stworzenia i wysyłania informacji (stały koszt, niezależny od ilości odbiorców). Tak więc im większy mamy ekosystem marketingowy, tym mniejszy koszt dotarcia do każdego potencjalnego klienta.

Druga sprawa: pisałem o tym, żeby marketing był skuteczny trzeba wiele razy dotrzeć do danej osoby z informacją. Pierwsze dziesięć razy nas ignoruje, potem w końcu poświęca nam uwagę, przy dwudziestym zaczyna się interesować, po pięćdziesiątym chce naszego produktu, a przy setnym go kupuje. Sławna zasada AIDA. Co więcej: przy dwusetnym znów kupuje, a w przypadku nowego produktu mamy już grupę gotowych fanatyków (jak to robi Apple, zwłaszcza z iPhonem). Nakłada się na to dowód społeczny, prawo pierwszeństwa i kilka innych marketingowych niuansów i … sukces murowany. Dotarcie 100 razy w ekosystemie do tej samej osoby kosztuje tyle, co stworzenie i wysłanie 100 wiadomości. Dotarcie do tej osoby przez media: znacznie, znacznie więcej.

I teraz najlepsze: jeśli będziesz robił to umiejętnie, Twój ekosystem będzie z każdym dniem rósł. To tak jakby Twoja gazeta codziennie miała większy nakład, ale stałe koszty. Przykład: zasięg mojego ekosystemu jeszcze rok temu to było jakieś 15 000 osób. Dziś jest to ok. 50 000 osób, koszty nadal są takie same.

Jak rozwijać swój ekosystem?

Na początek potrzebna jest wartość krytyczna ilości osób w ekosystemie – do jej osiągnięcia można wykorzystać standardowe narzędzia marketingu: reklamy. Jaka jest ta wartość krytyczna: nie wiadomo. Zależy od medium, tematu, aktywności osób. Zbyt wiele zmiennych, aby z góry określić, gdzie ta wartość się znajduje, trzeba to sprawdzić w praktyce.

Po osiągnięciu tej wartości krytycznej ekosystem zaczyna żyć swoim życiem: sam fakt jego istnienia (i naszego dbania o niego jak o ogródek) powoduje, że ilość osób w ekosystemie rośnie. Pomaga w tym dostarczanie dobrych jakościowo i dobrze dobranych tematycznie komunikatów. Mamy efekt „wirusowy” za każdym razem, gdy ktoś kliknie „lubię to” na Facebooku, dołączy do naszej grupy dyskusyjnej na Goldenline czy doda nasz film do ulubionych na YouTube, ponieważ jest szansa, że znajomi tej osoby zobaczą o tym informację. Oprócz tego można wykorzystać istniejący ekosystem, aby sprowadzać na niego kolejne osoby.

Jeśli jest taka potrzeba, zawsze można dać kopa rozwojowi ekosystemu przez większą ilość „marketingu przeszkadzającego”. W tym i tylko tym wypadku jest to uzasadnione.

Co dzieje się dalej? Użytkownik trafia do naszego ekosystemu marketingowego. Część (jakiś 1%) szybko zdecyduje się na zakup tego, co oferujemy (jeśli taki jest nasz cel, ale większość firm czy organizacji coś sprzedaje), pozostali będą potrzebowali dużo więcej przekonywania, zaznajomienia się z marką i zaufania. Dlatego właśnie trzeba traktować ludzi w swoim ekosystemie z szacunkiem: nie zalewać reklamami, bo się zwyczajnie wypiszą, albo nas zablokują. Zdrowe i dające dobre efekty proporcje to 90% dostarczania wartości i budowania relacji ze swoimi potencjalnymi klientami oraz 10% dostarczania wartości sobie, czyli sprzedawania lub zachęcania do zakupów (jak zwał, tak zwał, chodzi o kasę).

Naturalnie oznacza to większe koszty na jednego odbiorcę: zwłaszcza, jak będzie chciał wejść z nami w interakcję (co zabiera cenny czas). Mimo tego efekty są dużo lepsze. Zamiast docierać raz po razie, wykupując reklamy do 100 000 osób, z czego 1000 dokona zakupu, przeszkadzamy tym 100 000 tylko raz i z nich wyłuskujemy te 20-30-50% osób, które są zainteresowane tym co oferujemy, a później już bez dodatkowych kosztów dajemy im wartość (najczęściej w postaci informacji), a oni dają nam wartość w postaci gotówki.

Wartość nie koniecznie oznacza robienie konkursów, czy rozdawanie gratisów. Powszechnie krytykowana (lub chwalona) była akcja Maxwell House z rozdawaniem kilkudziesięciu tysięcy kubków przez Facebooka. Gdyby nie szum wywołany wokół całej akcji – uznałbym, że to średni sposób na promocję (chociaż niekoniecznie zły), ale fakt, że byli pierwsi przełożył się na rozpoznawalność marki. Gratisy i konkursy, jeśli umiejętnie wykorzystane – są super. Jeśli nie – ściągną do ekosystemu szkodniki, czyli osoby niezainteresowane naszymi komunikatami i produktami, a zainteresowane jedynie nagrodą albo czymś za darmo. Można „szkodniki” zamienić na potencjalnych klientów, ale nie jest to zadanie proste i nie będę się tu o tym rozpisywał, bo wyszłoby jeszcze z 5 stron tekstu.

Walka o uwagę

Budując już teraz ekosystem marketingowy, można wygrać walkę o uwagę. Można ją wygrać nawet z dużo większym i mającym dużo większy budżet konkurentem. Mimo tego, sporo firm za chwilę się obudzi (a część już się obudziła) i zacznie stosować podejście ekosystemowe. Wiadomo, że internet w USA jest trochę dłużej niż u nas i o kilka lat nas wyprzedza. Zobaczmy jak wyglądają elementy ekosystemów ciekawszych marek światowych, na przykładzie Facebooka:

Barack Obama na Facebooku – na tę chwilę 15 mln fanów

Coca-Cola na Facebooku – 14,7 mln fanów

Nike na Facebooku – 2,4 mln fanów

Adidas Originals na Facebooku – 4,7 mln fanów

Całkiem sporo, prawda? Te marki (tak, Barack Obama to marka), wygrywają walkę o uwagę. Mimo tego za chwilę więcej firm zacznie stosować ekosystemy i znów będziemy mieli do czynienia z przeciążeniem informacjami. Mogę mieć jedną, ulubioną markę komputerów, butów, napojów itd., ale nie chcę, żeby wszystkie się ze mną komunikowały w tym samym czasie. Dlatego właśnie prawdziwa walka rozegra się o relacje: zamiast być „fanem” fanpejdża wszystkich producentów komputerów, wybiorę 1, może 2, w ostateczności 3 takie, które dostarczą mi największą wartość i wypracują pewną relację. Właśnie o relację będzie toczyła się najbardziej zażarta walka, w której mali mają z górki. Dlaczego?

Aby napisać ten tekst wystarczyła mi wiedza, którą posiadłem i tak przy okazji rozwoju zawodowego plus moje doświadczenia i trochę czasu poświęconego na pisanie artykułu. Dziennikarz, który miałby napisać taki tekst musi zrobić dogłębne badanie (co zajmie mu sporo czasu, jeśli się dobrze nie zna na tej branży), przeczytać kilka książek, zrobić wywiady i dopiero wtedy napisze tekst. I tak jest na przegranej pozycji, bo może mówić tylko o tym, jak działają inni, jakie trendy dostrzegają inni, nie może mówić o własnych doświadczeniach. Do tego ma jeszcze nad sobą kogoś, kto zarządza, przez co często nawet jakby chciał coś powiedzieć, to nie może, bo szef nie pozwala (bo taka jest polityka firmy i koniec). Bardziej konkretnie: taki artykuł kosztowałby firmę medialną sporo pieniędzy i wysiłku, podczas gdy taki spec w temacie może zwyczajnie opisać swoją pracę, poświęcając mniej czasu, a do tego dając większą wiarygodność, bo w końcu się tym zajmuje i ma case studies ze swojego warsztatu. U nas, w Polsce, ten trend jest jeszcze bardzo słaby, ale są blogi pisane po angielsku, które biją na głowę „stare media” w swoich tematach. Nie są o wszystkim i o niczym jak np. onet.pl czy gazeta.pl, gdzie obok informacji z polityki, możeby zobaczyć co Michał Wiśniewski zjadł na śniadanie. Są bardzo konkretne, specjalistyczne i w swojej kategorii: bezkonkurencyjne.

Czy jesteś zagorzałym fanem onetu? A może wirtualnej polski? Może nie wyobrażasz sobie życia bez informacji z gazeta.pl? Nie sądzę. Te informacje i tak są „wszędzie” – nie na tym, to na innym portalu. Nie masz raczej stosunku emocjonalnego do tego typu marek. Co innego w wypadku prawdziwych osób: celebrytów, ekspertów, znanych ludzi. Zwłaszcza, kiedy dostarczają Ci interesujących informacji, a do tego są gotowi na osobistą relację (może nie miłość ;), ale generalnie do sławnej osoby można wysłać mail i dostać odpowiedź od tej osoby, z onetem sobie nie pomejlujemy). Z taką osobą możemy wejść w dialog – polubić lub znienawidzić ją i oczekiwać reakcji. Jeśli ktoś poświęci nam choć odrobinę uwagi, sami zaczniemy poświęcać mu jej więcej. Kiedy ostatnio jakaś telewizja poświęciła Ci uwagę? Może radio? Nie? No widzisz, a jak wrzucisz komentarz do tego artykułu, to jest spora szansa, że odpowiem, a na pewno go przeczytam. Tak samo działa większość innych blogów. Zmierzamy bardzo szybko w kierunku ekosystemów i bardziej ludzkiego podejścia do marketingu – nie dlatego, że to jest „fajne”; to zwyczajnie się opłaca i daje przewagę nad konkurencją.

Pułapki

Cóż – byłoby zbyt pięknie, gdyby nie było pewnych czających się w zakamarkach internetu pułapek. Jest ich kilka.

Największym ryzykiem w ekosystemach jest to, że nie mamy tak naprawdę pełnej kontroli nad swoim kanałem marketingowym (mamy za to kontrolę nad komunikatem). Dotyczy to wszystkiego, co jest na czyichś serwisach, portalach czy serwerach. Jeśli mamy blog na swoim serwerze – możemy robić backup danych i w razie jakichś problemów przenieść się na inny serwer, praktycznie bez jakiejkolwiek straty. W social media nie jest tak różowo. Doświadczyłem tego dwa razy na własnej skórze: kiedyś na Goldenline skasowali mi profil, ale na szczęście udało się odzyskać przynajmniej większe grupy dyskusyjne, a niedawno podobna historia spotkała mnie na Facebooku (fanpejdż Top Menedżera z 1100 fanów też przy okazji skasowali). Gdybym polegał na tylko jednym kanale marketingowym byłaby to tragedia: to prawie jak stracenie dorobku życia. Niezliczone godziny pracy na marne. Część zawsze da się uratować, a doświadczenie procentuje, ale mimo wszystko lepiej dywersyfikować: stąd podejście ekosystemu, nawet jak jeden kanał marketingowy przestanie działać, albo zostanie skasowany, można go szybko odbudować dzięki pozostałym. Dobrze mieć te same osoby na różnych kanałach marketingowych: więcej ekspozycji informacji, a do tego większe bezpieczeństwo naszego ekosystemu jako całości.

Druga pułapka to brak doświadczenia w dialogu. Na każdego zagorzałego fana mamy tak zwanego hatersa (z ang. od nienawidzi), który będzie nam utrudniał życie. Jeśli nie potrafisz sobie radzić z trollami, hatersami i niezadowolonymi klientami: Twój ekosystem może w jednej chwili ogarnąć pożar, którego skutki jeszcze długo będziesz odczuwać. W takim wypadku efekty mogą być nawet gorsze niż w przypadku skasowania konta: reputację trudniej odbudować. Wyjście: korzystać z pomocy bardziej doświadczonych osób, albo zdobywać doświadczenie na własnej skórze, ale na małą skalę.

Trzecia pułapka to czasochłonność. Przykro mi, ale nie ma nic za darmo: o ekosystem trzeba dbać i albo zostać „ogrodnikiem”, albo „ogrodnika” wynająć. Jest to zajęcie mimo wszystko czasochłonne i wymaga naszej stałej uwagi. Nie oznacza to, że nie możesz wyjechać na wakacje, ale w takim wypadku niech ktoś przynajmniej zajrzy na Twoje kanały marketingowe, żeby „podlać kwiatki” – inaczej mogą uschnąć.

Czwarty punkt – oczekiwanie szybkich efektów. Niestety, ale jest to działanie długoterminowe i przynosi bardzo dobre efekty dopiero w długim terminie. Co więcej – im dłużej to robimy, tym lepsze efekty przynosi. Na starcie bardziej opłaca się spędzenie godziny na tym, żeby zrobić małą kampanię sprzedażową za 1000zł, ale po roku działania na ekosystemie można mieć 100 razy lepsze efekty poświęcając dokładnie tyle samo czasu i pieniędzy. Główna idea za ekosystemem jest taka, aby każdego kolejnego dnia marketing był łatwiejszy i o większym zasięgu, a koszty w miarę możliwości stałe, lub bardzo, bardzo powoli rosnące (na pewno dużo wolniej niż efekty, przez co opłacalność jest bardzo duża).

Efekty

Opierając się na trendzie wzrostowym, a nie jednorazowym skoku, zarówno nasza firma zdrowiej funkcjonuje, jak i zyski są większe, a nasza konkurencja może nam co najwyżej pozazdrościć. Podejście ekosystemowe stosuję już stosunkowo długo (ponad 3 lata) i stale rozwijam swój ekosystem. Żeby nie być gołosłownym: średnio raz dziennie dostaję zapytanie ofertowe, tego bloga odwiedza 25 000 – 40 000 osób miesięcznie, mojego e-booka o zarządzaniu czasem ściągnęło 8000 osób w tydzień od publikacji. To tylko niektóre z przykładów, ale myślę, że dają pewien obraz tego, jak można ekosystem wykorzystać i jakie daje efekty. Co więcej: ekosystemy bardzo dobrze sprawdzają się u moich klientów, u których je wdrażamy. Stale przyłączam do ekosystemu nowe kanały marketingowe: niebawem dołączę kolejny i myślę, że będzie miał bardzo dobry wpływ na rozwój całości mojego ekosystemu, więc możecie się spodziewać małej niespodzianki.

Nie będę owijał w bawełnę: jeśli chcesz stworzyć swój ekosystem marketingowy, ale niekoniecznie masz na to potrzebny czas, energię i chcesz się wszystkiego uczyć od zera: jestem gotów w tym pomóc. Zapraszam na stronę, gdzie znajdziesz krótką informację o tym z kim pracowałem i jeszcze krótszy opis tego, czym się zajmuję: zapraszam.

Michał Ksiądzyna

Redaktor Naczelny Top Menedżer

Sprawdź też...

13 Responses

  1. Za co skasowali Cię na Twarzobogu?

    Arek

    [Odpowiedz]

    Michał Ksiądzyna Odpowiedź:

    @Arnold Buzdygan, Powodów może być kilka. Moje zgadywanki to: nadaktywność 😉 , albo jakaś treść nie pomyśli administracji FB.

    [Odpowiedz]

  2. fajny artykuł, daje do myślenia. Warto wprowadzić do swojej firmy powyższe myślenie.

    Na http://www.floy.pl takim myślenie staram się kierować i rzeczywiście przynosi efekty.

    [Odpowiedz]

  3. Agnieszka Kowarska pisze:

    Bardzo dobry tekst. I ciekawy.
    Ag.

    [Odpowiedz]

  4. Kasia Wrotek pisze:

    Tradycyjnie bardzo dobry artykuł, dzięki Michał 🙂

    [Odpowiedz]

  5. Adam Knoppik pisze:

    Ciekawy artykuł, daje do myślenia. Pozdrawiam

    [Odpowiedz]

  6. Bart pisze:

    Michale,
    Jest w Twoim artykule trochę naginanych faktów. Oczywiście nowe media dają mnóstwo możliwości i wypierają kanały tradycyjne to fakt. ALe..Ale…Ale…

    Po 1. Szukanie 5 reklam z konkurencyjnej branży w jednym break’u reklamowym to spore nadużycie. Mediowcy nazywają to Clutterem i starannie dbają o to by „jedna przerwa reklamowa nie zawierała reklam konkurencji”.

    Po 2 Skąd wzięły się statystyki o zapamiętywalności i perswazyjności reklam? Teoria mówi ,że przekaz w zależności od kreatywności, samopoczucia odbiorcy etc. wystarczy obejrzeć od 3-8 razy. Skąd liczby 100 i 200?

    Po 3 Cytowany Seth Godin ma jak najbardziej przełomowe teorie, ale, ale, ale…jest teoretykiem co z resztą sam podkreśla.

    Po 4. Po co właściwie marketer w firmie? Większość prezesów zadaje sobie to pytanie i rozlicza się go za efekty ( pytanie czy ROI jest wiarygodne?). A FB nie sprzedaje , przynajmniej nie w krótkiej perspektywie ( jak sam podrkeśliłeś). Wprowadzasz produkt na rynek i Pan Prezes, zarząd oraz inne nadrzędne jednostki wymaga od Ciebie rezultatów. Launch produktu ciach, ciach i po krzyku. Z produktem masowym najłatwiej wejść do TV. Najszybciej zbudujesz zasięg swojej kampanii, a jak uda się trafić z kreatywnością w przekazie, zyskasz uwagę telewidzów i jeszcze przełoży Ci się to na sprzedaż.

    Po 5. FB sprzedaje czy buduje wizerunek? jedno łączy się z drugim, bo kto się nie wyróżnia na rynku ten ginie, a jak tu nie ginąć skoro walczy się z naszym znajomym na FB :)? Firmy coraz więcej uwagi poświęcają social mediom, ale z liczeniem ROI w tym przypadku jest duży problem.http://www.brzoskowski.pl/2009/11/roi-w-social-media-czemu-nie/

    Sami specjaliści od social mediów twierdzą ,że ROI możemy zmierzyć jakościowo . TO chyba największy problem dla obecnego marketera. Coraz więcej prezesów i decydentów wierzy nie w intuicję, nos i podchwytywanie trendów, ale w liczby, liczby….no excella też oczywiście to wszystko przy założeniu ,że brakuje im cierpliwości 🙂

    Dlatego w teorii artykuł popieram w 100% ,ale z przełożeniem go na praktyczne pole eksploatacji wcale nie będzie tak łatwo 🙂

    Pozdrawiam i wszystkiego dobrego

    BR

    Bardzo dobry artykuł. Chociaż byłby bardziej wiarygodny broniąc Twoje tezy badaniami i eksperymentami.

    [Odpowiedz]

    Michał Ksiądzyna Odpowiedź:

    @Bart, Super, że ponumerowałeś, łatwiej odpowiedzieć.

    Ad. 1 – znam takie przypadki, kiedy było kilka reklam konkurencyjnych firm w jednym bloku. Znam nawet przypadki, kiedy była najpierw reklama jednej firmy, a potem następna konkurencji, stworzona specjalnie, aby zdyskredytować poprzednią firmę. Nie jest tak różowo i pięknie jak piszesz.

    Ad. 2 – z praktyki, a skąd? Są ludzie, którzy zdobyli się na zaproponowanie mi współpracy dopiero po kilku LATACH od momentu otrzymania pierwszej wiadomości.

    Ad. 3 – zobacz oglądalność jego bloga i sprzedaż książek. Więcej nie trzeba dowodów na jego „teorie”. To praktyk.

    Ad. 4 – Nie wiem skąd to czepianie się Facebooka (tak jakbym pisał, ze FB jest super i tylko na tym się opiera social media)!? Facebook nie sprzedaje i to jest jasne, jest miernym narzędziem marketingowym i to jasne, ma swoje zastosowania i to jasne. Przeczytaj mój wpis o marketingu na Facebooku.

    Ad. 5 – sorry, ale sprzedaje to sprzedawca, a buduje wizerunek nie to co mówisz, a to co robisz. Social media to nie tylko Facebook. Czizas.

    A czy artykuł jest praktyczny? Sorry, ale ja mam konkretne wyniki, konwersję i zasięg. Co może być bardziej matematycznego i konkretnego w marketingu? I mam baaardzo konkretne wyniki, wyrażone w stanie mojego konta, to jest akurat bezdyskusyjny miernik.

    Badania i eksperymenty – sorry, ale czytałeś końcówkę o efektach? Czytałeś poprzedni artykuł o końcu ery stron internetowych? Przecież tu są konkretne liczby, sposoby zastosowania, efekty. Co więcej można wrzucić?

    Napisałeś długi komentarz, poświęcając swój czas, za co dziękuję, ale proszę – wgryź się jeszcze raz w tą treść, bo mam wrażenie, że spora część Ci umknęła.

    [Odpowiedz]

  7. Michale, kolejny świetny artykuł! Dziękuję! Z ekosystemu (nie wiedziałem, że można to tak nazwać) korzystam już od 3 lat.

    Rafał

    [Odpowiedz]

  8. Łukasz pisze:

    Bardzo mądrze napisane, świetnie że jest taka strona jak wasza, dużo ciekawych i przydatnych informacji, pozdrawiam serdecznie.

    [Odpowiedz]

  9. Maritza pisze:

    Tо jeѕt w іstocie bardzo dobry kawаłeκ:) wielkie dzięκi
    ԁla pracującуch na гzecz blogów.

    [Odpowiedz]

  10. Pilot pisze:

    Szkoda tylko, że już się na niej nowe treści nie pojawiają:(

    [Odpowiedz]

  1. 3 stycznia 2011

    […] Jeśli jeszcze nie wiesz czym jest ekosystem marketingowy, przeczytaj o tym tu: Ekosystem marketingowy, dlaczego tracisz pieniądze jeśli go nie masz. […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *