Magister nauk niepotrzebnych

5

Bycie studentem to prestiż i duma z przynależności do elity. To kontakty z ciekawymi ludźmi, którym nie brakuje czasu wolnego. Studiowanie to frajda. Zarówno kadra naukowa i studenci narzekają na poziom kształcenia, ale co tam, skoro uczelnie wyższe zapewniają niebywałą rozrywkę i satysfakcję i jednym i drugim. Pytanie tylko, kto za to płaci? Misja uczelni [...]

Doradca, konsultant i szkoleniowiec w zakresie biznesu i marketingu w internecie, chcesz wiedzieć więcej: Kliknij

Bycie studentem to prestiż i duma z przynależności do elity. To kontakty z ciekawymi ludźmi, którym nie brakuje czasu wolnego. Studiowanie to frajda. Zarówno kadra naukowa i studenci narzekają na poziom kształcenia, ale co tam, skoro uczelnie wyższe zapewniają niebywałą rozrywkę i satysfakcję i jednym i drugim. Pytanie tylko, kto za to płaci?

Misja uczelni wyższej

Nie będę tu przytaczał długich i wzniosłych misji uczelni wyższych, można je znaleźć na ich stronach. Generalnie jednak misji daleko jest do zapewnienia poczucia szczęścia społeczeństwu. Raczej skupiają się wokół gospodarki, innowacyjności, kultury no i oczywiście edukacji. Jak to jest z wypełnianiem tej misji?

Bywa różnie. O ile to, co robią wyższe szkoły prywatne nie powinno nas zbytnio martwić, bo w sumie ich celem nadrzędnym jest zysk, o tyle utrzymywane z podatków które płacą wszyscy szkoły wyższe publiczne powinny już w kręgu naszych zainteresowań się znaleźć.

Szczęście motorem nauki?

Problem według mnie jest w tym, że fabryki magistrów są w rzeczywistości fabrykami hormonów szczęścia. Nie ma wprawdzie w tym nic złego, ale problem pojawia się, kiedy kształcimy magistrów, którzy po studiach nie wiedzą co ze sobą zrobić, bo właściwie to studiowali, bo studiowanie jest fajne.

Dawnej uczelnie wyższe kształciły głównie kadry kierownicze, oficerów i super-specjalistów. Dziś nadal to robią – zapewne procentowo w społeczeństwie wychodzi to teraz tak samo, albo nawet lepiej. Tylko problem w tym, że oprócz tych wybrańców narodu, na uczelniach kształci się cała masa osób, które wykształcenia wyższego właściwie nie potrzebują. Zamiast 5 lat imprezować i czasami chodzić na zajęcia, lepiej te 5 lat przepracować i ew. studiować zaocznie, bo teraz przecież wszyscy muszą mieć papier.

Dlaczego jest to problemem? Jakoś mi się nie uśmiecha finansowanie z podatków wykształcenia osoby, która swojego „długu społecznego” nigdy nie spłaci, a studiuje dla rozrywki. Przecież nie każdy z 2 000 000 obecnych studentów będzie mógł być wybitnym naukowcem, generałem, prezesem firmy, premierem albo genialnym informatykiem. Część wyląduje w urzędach, gdzie będzie przybijać pieczątki, część pozakłada własne firmy w ogóle nie związane z tym czego uczyli się na studiach, część pójdzie na bezrobocie, część wyjedzie „na zmywak”. Więc pytam po co te 5 lat? Fakt, dobre samopoczucie jest ważne, ale dlaczego ma się odbywać kosztem innych? Czy naprawdę chcemy z budżetu Państwa finansować ogólne zadowolenie społeczne, mimo marnowania pieniędzy i czasu milionów ludzi?

Wykształcenie jest dobre

Żeby była jasność – jestem za tym, żeby jak najwięcej osób studiowało. Daje to wymierne korzyści. Tylko według mnie Państwo powinno inwestować w jednostki najlepiej rokujące na przyszłość np. w postaci stypendiów, a pozostali niech przynajmniej pokrywają część kosztów. W innym wypadku będziemy mieli do czynienia z coraz większą degeneracją – coraz gorsi maturzyści będą się dostawali na uczelnie publiczne, aby „sobie postudiować” i przez 5 lat nie martwić się o nic, bo przecież rodzice kasę dadzą.

Naturalnie korzyści ze studiowania są ogromne i nawet osoba, która teoretycznie się na studiach znaleźć nie powinna, sporo wyniesie przez te 5 lat (oby nie sprzęt naukowy).

Nauki niepotrzebne

Oprócz masowości finansowanego z budżetu Państwa szkolnictwa wyższego martwi mnie jeszcze jedna rzecz. Są dziedziny, które właściwie są mało przydatne społeczeństwu. Żadna nauka nie jest bezwartościowa, ale przyznajcie sami, że aby wszystkim Polakom żyło się lepiej potrzebujemy więcej wykształconych menedżerów, prawników i fizyków niż np. ornitologów, ichtiologów, historyków i archeologów. Pewną ilość osób wykształconych w tych kierunkach trzeba zawsze w społeczeństwie mieć, ale jeśli absolwenci takich kierunków później obsługują mnie w urzędzie, albo sprzedają mi gazetę w kiosku, to coś tu musi nie grać. Wprawdzie ludzie Ci mogą się z pasją oddawać swojej dziedzinie, ale tu znów sprowadzamy studia wyższe do funkcji dostarczania przyjemności. I ja nie przeczę, że Ci ludzie mogą być super-specjalistami w swoich dziedzinach, pytanie czy ich aż tyle potrzebujemy? Bo jeśli społeczeństwo nie jest w stanie tych super-specjalistów wchłonąć i zapewnić należyte miejsce, to wychodzi na to, że z budżetu Państwa finansuje się czyjeś hobby.

Problemy pojawiają się co najmniej w kilku miejscach.

Po pierwsze czy aby napewno dobry abiturent będzie dobrym magistrem? To, że ktoś napisał dobrze maturę jeszcze nie świadczy o tym, że jest geniuszem. I ten sam problem z drugiej strony – wielu wybitnych ludzi nie posiadało wykształcenia, Einstein (prawdopodobnie najbardziej inteligentny człowiek w historii) nawet dwa lata robił jedną klasę i został sklasyfikowany jako półgłówek. Jak więc można stwierdzić, że ktoś kto napisał maturę źle lub średnio nie nadaje się na uczelnię wyższą? Zwłaszcza, że w życiu liczy się nie tylko systematyczność, za pomocą której można osiągnąć w szkole dobre wyniki.

Po drugie – gdzie jest granica między inwestycją w edukację która się opłaca, a tą która się nie opłaca? Wielu wybitnych może popaść w nałogi, zachorować, umrzeć. Kto ich zastąpi? Poza tym bardziej wyedukowane społeczeństwo zawsze jest lepsze niż niewyedukowane. Pani sprzątająca z magistrem zwykle będzie więcej wnosić do społeczeństwa, niż gdyby tego magistra nie posiadała.

Po trzecie – kto jest w stanie określić, która nauka okaże się bardziej przydatna? W końcu ornitolog czy ichtiolog w połączeniu z biotechnologiem może wypracować całkiem przydatne rozwiązania. Za to genialny menedżer może wywołać globalny kryzys.

Po czwarte – czy Państwo jest gotowe, aby powierzyć misję kształcenia społeczeństwa sektorowi prywatnemu? W sumie prywatnie = taniej i bardziej efektywnie, ale czy napewno lepiej w długim okresie? Czy nastawione na zysk uczelnie są w stanie zapewnić lepszy poziom nauczania niż te, które nastawione są tylko i wyłącznie na edukację?

Jeśli ktoś znajdzie rozwiązanie tych problemów, lub przynajmniej ma pomysły – niech się podzieli w komentarzach. Chętnie poczytam.



5 Komentarzy

  1. Arek pisze:

    Około 40% pieniędzy na oświatę pochłania “góra”, czyli ludzie którzy pobierają podatki, rozdysponowują je i kontrolują ich wydawanie (MEN, kuratoria oświatowe, urzędy skarbowe itd.). To niewiarygodne, ale tak działa tzw. redystrybucja dóbr w imię sprawiedliwości społecznej, równości dostępu do oświaty itp. “Góra” to pierwsze źródło marnotrawstwa. Czy wiesz, że na UMCS-ie więcej jest osób zatrudnionych w administracji niż pracowników naukowych?

    Prywatne uczelnie kierują się zyskiem – ok, ale jaki bodziec do poprawy poziomu kształcenia mają państwowe uczelnie?

    [Odpowiedz]

  2. E.P. pisze:

    Ponad 30% pobieranych podatków pochłaniają same urzędy skarbowe – wynagrodzenia dla pracowników, utrzymanie budynków, wyposażenie itp.
    Podejrzewam, że w przypadku ZUSu jeszcze większy procent pobieranych składek idzie na utrzymanie samego ZUSu.
    Finansowanie uczelni wyższych to tylko kropla (duża, ale tylko kropla) w morzu redystrybuowanych (czyli marnotrawionych) pieniędzy.

    [Odpowiedz]

  3. Łukasz Schab pisze:

    Moim zdaniem kolejnym problemem uczelni wyższych jest również to że kształcą na kierunkach, które za 5 lat mogą okazać się już zupełnie nieprzydatne. Wtedy, osoby, które go wybrały, w mniejszym lub większym stopniu, zmarnowały czas, który zainwestowały w naukę.

    Nie zawsze formalne wykształcenie jest gwarancją dobrej pracy i dobrego życia. Jasne, wszyscy muszą mieć obecnie papierek. Mam jednak trochę uczucie zmuszania do zdobycia wyższego wykształcenia. Jest to obecnie wymagane. Czy jednak jest ono rzeczywiście wyznacznikiem tego jak będzie nam się żyło? Nie wydaje mi się. Zdecydowanie lepiej jest pracować i ewentualnie jeszcze studiować zaocznie, zdobywając potrzebne doświadczenie, niż marnować 5 lat, tylko i wyłącznie na zdobycie wiedzy, która będzie w dużej części nieprzydatna.

    Btw. Ciekawy film z konferencji TED „Ken Robinson – szkoły zabijają kreatywność” można obejrzeć tutaj:

    http://www.biznesplany.biz/2009/10/ken-robinson-%E2%80%93-szkoly-zabijaja-kreatywnosc-1/

    http://www.biznesplany.biz/2009/10/ken-robinson-%E2%80%93-szkoly-zabijaja-kreatywnosc-2/

    [Odpowiedz]

  4. Damian pisze:

    a czy ten problem nie został już rozwiązany np. w USA? i tyle
    ciekawe pmysły ma też Francja, gdzie każdy może się dostać na państwowe studia, ale na licencjat, na mgr trzeba już trochę umieć i się postarać, a miejsc jest sporo mniej. w ten sposób większość społęczeństwa ma wyższe wykształcenie. Dodatkowo istnieje ciekawa kategoria Les Ecoles Nationales Superiuers czyli kilki naprawdę elitarnych miejsc skupiających najlepszych z najlepszych. Długo by to tu opisywać polecam, poszukać w internecie. :)

    [Odpowiedz]

  5. Adam Hepner pisze:

    W dodatku wydaje mi się, że trochę zbyt często mylimy uczelnię wyższą, która powinna uczyć myślenia, ze szkołą zawodową, która ma nauczyć konkretnego zajęcia. Wiem po swoim przykładzie – kursów uczelnianych, które naprawdę są przydatne w życiu zawodowym inżyniera oprogramowania było przez 5 (dość intensywnych) lat… kilka? Nie więcej.

    A przecież gdyby był jasny podział: uczelnie naukowe i uczelnie zawodowe, to człowiek wiedziałby, na co się pisze. I z jakiegoś powodu wydaje mi się, że na oko 95% abiturientów wybierałoby uczelnie zawodowe… A te z kolei nie mając już obciążenia w postaci pseudonaukowej misji, która prowadzi do rozdarcia wewnętrznego instytucji, mogłaby współpracować z firmami zewnętrznymi, i kształcić rzeczywiście praktyków. No bo jaki menadżer będzie lepszy? Kształcony przez człowieka, który przez 40 lat czyta książki, czy przez człowieka, który przez 40 lat zarządza firmami?

    [Odpowiedz]

Zostaw Komentarz