Podczas dzisiejszej porannej prasówki natrafiłem na artykuł dwojga pracowników Uniwersytetu Warszawskiego ubolewających nad stanem polskiej młodzieży, polskim systemem kształcenia, polskim zbiurokratyzowaniem itd. Pani Adiunkt Marta Bucholc i Pan Profesor Paweł Śpiewak z wydziału Socjologii UW pozwolili sobie ponarzekać, ale ponarzekać całkiem mądrze.
Typowo po polsku
Więc Państwo Uczeni zaczynają od krytyki naszych uczelni – że zbiurokratyzowane; że egzaminuje się poprzez testy, a nie ustnie; że produkujemy ćwierćinteligentnych specjalistów zamiast ogólnie wykształconych; że wiedzę nabywa się od jednej tylko grupy ludzi; że mało interdyscyplinarności; że statystyki są podstawą oceny pracy kadr uczelnianych.
Jako lekarstwo proponują: interdyscyplinarność, wielokierunkowość; zachęcanie do działalności prospołecznej; indywidualne podejście do studenta; wzrost płac kadry naukowej; trzymanie się tradycyjnych wartości uczelni. System Boloński, który w obecnej chwili mamy, chcieliby zastąpić czymś innym. Pozwolę sobie zacytować:
„O ileż łatwiej byłoby budować wspólnotę, gdyby student nie dostawał się od razu na kierunek, tylko na uniwersytet lub do kolegium zwanego niekiedy „koledżem”. [...] Często wraz z upływem czasu studentom łatwiej dokonywać trafnych wyborów specjalizacyjnych. Poza tym świadomość bycia członkiem wspólnoty uczonych i uczących się – konstruowana nie na zasadzie departamentalizacji wiedzy, lecz na zasadzie wyboru przynależności – otwierałaby drogę do rozumienia wiedzy i środowiska wiedzy jako ważnego elementu życiowego wyposażenia.”
Moje 3 grosze w temacie
Muszę przyznać, że tytuł artykułu oraz początek związany z krytyką miały dla mnie sens i przykuły moją uwagę. Natomiast proponowane lekarstwa na tę chorobę – ćwierć-inteligencję – są w mojej opinii daleko niestosowne. Pozwolę sobie rozebrać na części proponowane rozwiązania, następnie przeprowadzić własną analizę, wyciągnąć wnioski i zaproponować lekarstwo. Lekarzem nie jestem, ale może kogoś to zainspiruje.
Zacznijmy od końca
Sam postulat, aby zastąpić system Boloński wydaje mi się raczej niedorzeczny. Jako członek Unii Europejskiej, musimy stosować taki sam zunifikowany system jak reszta Europy. Dlaczego? Ponieważ to jedyna szansa na to, żeby wykształcenie naszych absolwentów było uznawane na naszym kontynencie. Nic dziwnego, że student pracuje na zmywaku, jeśli na jego dyplom ludzie w kraju zatrudnienia patrzą jak na jakiś dziwny, nieprzyjazny papier, który według ich standardów nie nadaje się do niczego. Aby nie zamykać naszym wykształciuchom drogi do kariery, powinniśmy pozostać przy systemie 3+2, który mimo wszystko wcale nie jest według mnie źródłem wszelkiego zła na uczelniach.
Interdyscyplinarność i wielokierunkowość. Muszę przyznać, że to mnie zaskoczyło. Na mojej uczelni uczy się: filozofii, psychologii, socjologii na równych prawach co mikroekonomii, makroekonomii, zarządzania i rachunkowości. Zwyczajnie każdy student musi swoją interdyscyplinarność rozwinąć, a na dalszych latach studiów jego edukacja staje się bardziej ukierunkowana, choć nadal nie pozbawiona wielowątkowości. Wprawdzie żaden ze mnie księgowy, czy psycholog, ale w razie potrzeby podstawy mam i mogę je szybko samodzielnie rozwinąć w pełną eksperckość. Jeśli na innych uczelniach jest inaczej – współczuję, ale to nie system Boloński jest temu winien, a władze uczelni, które układają programy studiów.
Zachęcanie do działalności prospołecznej. Z tym się ciężko nie zgodzić. Tylko jakoś znów widzę dysonans między tym co dzieje się na uczelni, a tym o czym piszą Pani Adiunkt i Pan Profesor. Zbiórki na poszkodowane przez los dzieci, na schronisko dla zwierząt i inne działalności. Fakt – mogłoby być tego więcej, ale nie jest przecież źle.
Indywidualne podejście do studenta. Gdyby każdy student miał mieć indywidualnego mentora przez całe 5 lat studiów, to akademicy musieliby pracować po 48h/dobę albo musiałoby ich być 5 razy tyle co teraz. A przecież każdy student studiów licencjackich musi mieć promotora, tak samo magisterskich. I jeśli student i promotor się zgrają, to jest szansa na relację mentor-uczeń. Są warunki, są. Problem w tym, że autorzy artykułu chcieliby, aby każdy był genialnym studentem, a każdy akademik genialnym nauczycielem. A rzeczywistość jest zupełnie inna. Są geniusze, są ludzie inteligentni, są ludzie zaradni, ale są też lenie, idioci i buraki. A co ciekawsze burak na pierwszym roku może opuścić uczelnię jako geniusz, a geniusz na pierwszym, na piątym może wylądować w zakładzie psychiatrycznym.
Stąd też system liberalny. Studenci mogą przecież przychodzić na konsultacje, mogą zakładać stowarzyszenia, organizacje i koła naukowe. Mogą partycypować we władaniu uczelnią. Mogą działać charytatywnie. Mogą też się całe studia pilnie uczyć i nic poza tym nie robić. Mogą też przez pięć lat imprezować i kombinować jak przejść na następny rok. Możliwości jest cała masa, a to, co kto wybiera jako swoją drogę życia niech pozostanie tej osoby prywatną decyzją, bo nie nam sądzić która droga jest dla kogo najlepsza.
Zwiększenie pensji dla kadry uczelnianej może być argumentem, bo teoretycznie przyciągnęłoby to lepszych studentów, aby zostali na uczelni. Czy naprawdę tak jest? Czy uczelnia nie oferuje stabilności zatrudnienia, prestiżu i spokojnej pracy? A pieniądze są niezłe, tylko nie od razu? Nie sądzę, abyśmy chcieli na uczelniach pazernych akademików, którzy tylko patrzą jak tu wyciągnąć z państwowej kasy kolejne złotówki, albo euro w postaci grantów naukowych. Lepiej aby uczyli nas ludzie z poczuciem misji, wybitni specjaliści w swoich dziedzinach. A dla nich pensja nie ma nadrzędnego znaczenia. Tak więc ten postulat traktuję na równi z roszczeniami górników odnośnie częściowej prywatyzacji KGHM.
Na koniec – tradycja. Każda uczelni powinna ją mieć. Pytanie tylko, czy lepiej mieć absolwentów świetnie przystosowanych do życia w społeczeństwie XVIII wieku czy może jednak XXI? Bo jakoś mi się widzi, że trochę się zmieniło od tego czasu. Dostęp do informacji jest dziś dużo łatwiejszy, nie ma potrzeby przetrzymywania w głowie masy wiedzy encyklopedycznej, bo ta wiedza dostępna jest już z poziomu naszych nowszych telefonów. Zamiast nienagannego przestrzegania zasad savoir vivre, lepiej znać zwyczaje różnych kultur, aby móc prowadzić międzynarodowe negocjacje handlowe, a nawet zarządzać międzynarodowymi zespołami.
Co jest nie tak z tymi uczelniami?
Nie będę się rozdrabniał na małe, pochodne tych głębokich problemy. Według mnie problemy są 3, a cała reszta wywodzi się właśnie z nich.
Problem pierwszy to umasowienie wykształcenia wyższego. Kiedyś studiowali nieliczni, dziś właściwie co druga osoba. Wymaga to ogromnych zmian w sposobie działania uczelni, prowadzenia zajęć i podejścia do studenta. Mając wybór – wykształcić świetnie jedną osobę, lub dobrze 30 rachunek dla społeczeństwa wydaje się prosty. Lepiej mieć 30 specjalistów od marketingu, reklamy, zarządzania itd. niż jedną tylko jednostkę wybitną. To prawda, że część z tych 30 osób nigdy nie wykorzysta swojego potencjału, część ledwie tylko muśnie swoje możliwości, ale kilka z tych osób osiągnie w życiu wiele. Czy podejście ilościowe do nauczania zabija potencjał tych wybitnych jednostek? Ani trochę.
Jeśli ktoś ma w sobie energię i głód wiedzy, to przecież nikt nie barykaduje przed nim drzwi do uczelni, nikt nie odcina kabla od internetu, nikt nie zabrania chodzenia na dodatkowe zajęcia, zakładania organizacji studenckich, wyjeżdżania na zagraniczne studia na semestr czy dwa albo odbywania praktyk w znanych i poważanych firmach. Możliwości są wszędzie, a to, że nie każdy z nich korzysta? Większość z nas zadowala się w końcu stabilną, w miarę dobrze płatną pracą, domem i poczuciem szczęścia. Gdyby każdy miał wybujałą ambicję, nikt by nie był w stanie jej zrealizować, bo kto pracowałby na produkcji? Kto zajmowałby się konserwacją powierzchni płaskich? Kto chciałby pracować na etacie? Tak to już jest, że jesteśmy różni i tę różnorodność powinniśmy wykorzystać, a nie tłamsić i egalitaryzować na siłę.
Drugi problem to według mnie przyspieszające tempo zmian. Pojawia się internet, komórki, nowe sposoby przenoszenia, zbierania i wykorzystywania informacji. Połowa społeczeństwa nagle chce mieć wyższe wykształcenie. Wiedzy wokół nas jest tyle, że praktycznie nie ma już omnibusów, są za to eksperci w 2 może 3 dziedzinach. Inaczej się nie da, bo znajdą się lepsi specjaliści. Uczymy się całe życie. A do tego to wszystko stale przyspiesza.
Trzeci problem jest taki, że kadry uczelniane są w dużej mierze skostniałe. Lata, kiedy ludzie mają najwięcej energii, kiedy świetnie nadążają za swoimi czasami, a nawet je tworzą spędzone są na mozolnej systematycznej pracy i nauce. Zwykle pracownik uczelni ma coś do powiedzenia w okolicach pięćdziesiątki, a nawet sześćdziesiątki. Ogromna większość z tych ludzi w tym wieku jest już bardziej skora do spoglądania wstecz na stare dobre czasy, a nie kształtowania przyszłości. Ci, którzy chcą jednak tworzyć przyszłość robią to z ogromnym wysiłkiem i niejako na przekór swojej naturze. Za to 30-latkowie na ich miejscu dokonywaliby błyskawicznych zmian na lepsze, szybko dostosowywali się do nowych warunków i jako uczelnia dodatkowo napędzali całe otoczenie.
Tarcie i konflikt
Coraz szybsze zmiany otoczenia w zderzeniu z tradycyjnym spojrzeniem na świat przez władze uczelniane powoduje nic innego, jak duże BUM. Kadry nie mają pojęcia jak poradzić sobie z nowymi problemami, kiedy stare sposoby nie skutkują. Dodajmy do tego jeszcze zmiany społeczne i technologiczne o których pisałem w pierwszym punkcie, które całkowicie zmieniają rolę uczelni. Dawniej była to kuźnia liderów społeczeństwa – dziś kuźnia wysokiej klasy specjalistów dająca szansę przyszłym liderom na odnalezienie swojego powołania.
Panadol, Apap, Gripex?
Lekarstwo, które przepisałbym gdybym został mianowany naczelnym lekarzem polskiej edukacji to Baclofen – lek działający przeciwbólowo (bo zmiany bolą), który działa rozluźniająco na mięśnie, zmniejsza sztywność i napięcie. A mówiąc wprost – odmłodziłbym władze uczelni. Nie ma nic złego w wieku i doświadczeniu profesorów w wieku 60-90. Mogą oni nadal być wyśmienitymi nauczycielami, mentorami. Tylko władza w ich rękach jest problemem. Bo w takich warunkach nawet jeśli jakaś jednostka chce wprowadzać zmiany, musi to robić pomału, po cichu. A tu są potrzebne zmiany radykalne, szybkie i skuteczne. A tak już nasze organizmy są skonstruowane, że im jesteśmy młodsi, tym bardziej elastyczni. Elastyczne umysły we władzach polskich uczelni szybko przełożyłyby się na elastyczne uczelnie. A elastyczne uczelnie to dobrze wykształceni studenci, napędzający rozwój naszej gospodarki i podbijający zagraniczne rynki pracy.
To co mnie denerwowało na uczelni to ci wykładowcy, którzy nigdy nie pracowali poza uczelnią, wykładający na podstawie książek, które przeczytali. Książkę to sam sobie mogę przeczytać. Biznes to nie wiedza teoretyczna, tylko praktyczna. Wykładowca bez doświadczenia w biznesie to tak jakby lekarz, który nigdy nie widział pacjenta a próbował uczyć innych lekarzy.
Ale ogólnie to sumie moja uczelnia (Wydział Zarządzania na UG) wydawała mi się całkiem obrotna. Nie miałem wrażenia bycia 100 lat za murzynami. Uczyli mnie w większości ludzie pracujący w biznesie na codzień i przytaczający przykłady całkiem na czasie.
[Odpowiedz]
Findict:
W jednym w pisie sam sobie zaprzeczasz.
Najpierw piszesz:
„To co mnie denerwowało na uczelni to ci wykładowcy, którzy nigdy nie pracowali poza uczelnią”
a na koncu podsumowujesz:
„Uczyli mnie w większości ludzie pracujący w biznesie na codzień i przytaczający przykłady całkiem na czasie.”
Albo jedno albo drugie.
Pozdrawiam,
Rowniez absolwent UG WZR
[Odpowiedz]
Jako, że nie mam takiej mocy sprawczej, aby zmodyfikować szkolnictwo wyższe, to przeważnie polecam edukację na własną rękę. Na początku jest trudniej, aby dostrzegać wartościowe materiały, ale z czasem wiemy czego jeszcze chcemy/potrzebujemy się nauczyć i gdzie tego szukać. To szybko leczy z ćwiećinteligencia
Rowniez absolwent UG WZR:
Nie dostrzegam sprzeczności w wypowiedzi FinDicta – może być tak, że większość wykładowców była praktykami, a kilku tylko teoretykami, którzy FinDicta denerwowali. Więc w czym jest problem?
Pozdrawiam radośnie,
Orest
[Odpowiedz]
No rzeczywiście trochę to tak wygląda. Chodziło mi o to, że u mnie nie było tak źle, ale jak się taki trafił to często aż krew zalewała.
[Odpowiedz]
Sam kończyłem akademię ekonomiczną i miedzy bogiem a prawdą to przydaje mi się w życiu zawodowym góra 20% a reszta to śmietnik. Większość przydatnych rzeczy nauczyłem się poza murami uczelni. Wynika z tego wniosek, że więcej należałoby wprowadzić zajęć praktycznych kosztem nadmiaru teorii oraz dać możliwość wyboru studiowanych rzeczy. Po drugie uczelnie są nadal skansenem dla wielu wykładowców – nieudaczników życiowych. Z resztą to temat na większą dyskusje. Sam też piszę bloga, gdzie staram się przemycać praktyczną wiedzę finansową a nie bełkot naukowy. Będę wpadał czasami na tego bloga i zapraszam do wymiany linków.
Arkadiusz
[Odpowiedz]
Wygląda jak pewne pomieszanie postulatów Najdera z wizjami amerykańskiego szkolnictwa wyższego.
[Odpowiedz]
Lekarstwo, które proponuje Pan Michał nie wystarczy, ale zgadzam się, że jest właściwie zaaplikowane. Żeby zadziałało skutecznie potrzeba wsparcia farmaceutycznego w postaci artoterapii, czyli leczenia przez szeroko pojęte działania przez sztukę. W Polsce nie uczy się patrzenia. Sztukę omija się wielkim łukiem. Pan również woli paintball i turnieje rycerskie niż wizytę na wystawie sztuki. A nie chodzi Pan na wystaw i w ogóle ma Pan Sztukę gdzieś, ponieważ ci, którzy piszą o sztuce i Artystach robią to wysoce nieumiejętnie, niestety. Wydaje mi się, że jest za późno, aby odwrócić ten trend. Wystarczy popatrzeć na to, co dzieje się w galeriach internetowych. Tak więc najbliższe kilka lat to okres przejściowy między popkulturą a quasikulturą ekranu, który w całości stanie się ikoną XXI wieku.
Mimo to, to właśnie dzięki Internetowi mogłem przeczytać PP.Bucholc i Śpiewaka, pański komentarz i samemu wypowiedzieć się w sprawie. Pozdrawiam.
[Odpowiedz]